Słucham sobie, słucham i nie mogę się oprzeć, żeby nic nie napisać. Trochę przeszkadza światło monitora, bo psuje atmosferę... Hm, gdyby stworzyć coś co mogłoby czytać myśli i zamieszczać je tutaj... Chyba nie -- nie starczyłoby nikomu czasu na czytanie tego!
W czasie słuchania tego albumu doznać można tysiąca olśnień, pojawia się mgławica obrazów, można poczuć, dotknąć i posmakować tak wiele tylko za pomocą uszu. Dark side nie można przeanalizować piosenka po piosence... Po prostu to jedna niesamowita całość.
Oczywiście będzie to zlepek jakichś dziwnych przemyśleń i sformułowań, które naszły mnie w trakcie słuchanie, ale czemu nie!
Dobra zapuściłem od nowa. Speak to me i breathe in the air... Zaczynamy od bicia serca. I've always been mad... ale już potem kojące, ale i niepokojące breathe in the air. Czuję się jak nowo narodzony. Jednak to chyba tylko złudzenie...
Nie wiem co jest w tych utworach, ale za każdym razem, kiedy słucham, słyszę inne dźwięki, widzę nieco inne obrazy. Nie wiem jak Floydom się to udało... "On the run". To jeden z utworów, którym nigdy nie poświęcałem należytej uwagi. Ma ogromną siłę. Niesamowity klimat. Te odgłosy... Te dźwięki przywodzą na myśl masę dziwnych scen, skojarzeń. Ucieczka, miasto, dworzec kolejowy, niepokój... Potem dźwięk bijących zegarów i budzików. Obudź się człowieku. Chyba nie widzisz, że czas zapieprza! Time. Ten utwór powala. Oczyiwiście nie zamierzam rozprawiać się na temat słów utworów. Z pewnością można odczuć w tym wszystkim pytanie o to co tak naprawdę przybliża nas do spełnienia marzeń. Tak to odczytuję przynajmniej. Mam wrażenie, że nieuchronnie postępujący czas sprawia, że "The Great Gig in The Sky" brzmi tak cudownie pięknie i zarazem niezmiernie smutnie. Niczym płacz nad zmarnowanym życiem. Nad czymś, czego już nie ma i co niepostrzeżenie umknęło pozostawiając mgliste wspomnienie. Oczywiście pozostawia ciarki na plecach...
Pieniądze. Zimne i czyste wejście. To dosyć moce cięcie, ale nadal pięknie zgrywa się z resztą. Zderzenie z prostą i przejrzystą rzeczywistością. "Don't give me that do goody good bullshit". Uwielbiam kontrast jaki pojawia się w zderzeniu z poprzednimi utworami. Ciekawe, że może to właśnie ta Kasa pozwala zapomnieć o całej reszcie. Czas leci, ale trzeba przecież zarabiać. I czas sobie leci i jest po co żyć...
Ale, ale... nagle słychać ten piękny 'us and them'.... teraz tylko można odpłynąć. I ten saksofon. Miodzio... No i solo na gitarce... Ten utwór sprawia, że człowiek po prostu dryfuje sobie na oceanie spokoju. Wydaje mi się, że to wszystko tylko po to, aby przejść do Lunatic'a Syd'a. Nagle okazuje się, że to co słychać w głośnikach jest o Tobie! Oni śpiewają teraz o Tobie. Jesteś świrem. Jesteś w mojej głowie. I trzeba jakoś ten problem rozwiązać. Może odciąć ten głupi łeb... A może to nie ja jestem wariatem, ale cała ta reszta?
Finał jest wspaniały. Tak jak cały album. Piękny i czytelny. Przejrzysty i całkowity. Tylko nie do końca... Poza jednym szczegółem. Słońce przyćmiewa księżyc...
I tak nie potrafię opisać wszystkiego co kotłuje się w głowie w czasie słuchanie tego dzieła. Chyba nie muszę dodawać, że to jedno z tych co to można na bezludną wyspę zabrać ;)